Szczęście sprzyja lepszym

Polecamy22 czerwca, 2018

 

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

„Polacy, nic się nie stało” – znów rozległ się chóralny, nieoficjalny hymn polskiej piłki kopanej. Celowo napisałem „kopanej”, a nie nożnej, albowiem to co zobaczyłem podczas pierwszego meczu na mistrzostwach świata w Moskwie, więcej miało z piłki kopanej, niż nożnej. Co, mówiąc szczerze, jakoś mnie nie zaskoczyło. Z pewnym rozbawieniem, ale też i z dużą dozą poirytowania obserwowałem nadymający się balon naszego hurraoptymizmu, podlanego gęstym sosem hurrapatriotyzmu. Znów dojrzałem furkoczące polskie flagi na samochodach osobowych z polskimi rejestracjami, co miało zapewne nawiązywać do niegdysiejszej polskiej ciężkozbrojnej husarii, która w puch rozbijała wraże oddziały, a już szczególnie te muzułmańskie pod Wiedniem. No i w pierwszej „patriotycznej bitwie” na polach Moskwy sromotnie polegliśmy, chociaż pod Wiedniem „pohańca” swego czasu, przy głośnym szumie furkoczących chorągwi „polskich skrzydeł”, w rzeczony puch faktycznie rozbiliśmy. Obecnie szum był wielki, aż nużący do tego stopnia, że korzystając z jednej ze zbawiennych funkcji pilota, ściszałem głos mojego telewizora, kiedy tylko (na długo przed tą porażką) dało się słyszeć pierwsze słowa piosnki tej: „Polska, biało-czerwoni, Polska biała-czerwoni …..”. A „taborowe ciury” wszelkiego autoramentu, tę bojową pieśń intonowali nadzwyczaj ochoczo, przy każdej okazji, kiedy tylko mieli możliwość wykrzyczenia opowieści o niesamowicie silnej i prącej do zwycięstwa naszej piłkarskiej husarii.

19 czerwca zasiadłem przy telewizorze, aby w pierwszej kolejności zobaczyć jak sobie na boisku radzą piłkarze z Japonii i Kolumbii, z którymi w dalszej kolejności przyjdzie się naszym kopaczom potykać. Widowisko to raczej mnie nużyło, ale optymistycznie doszedłem do wniosku, że poziom jaki zaprezentowała kolumbijska drużyna daje naszym szansę na wygraną. Bo już to, co pokazali niedoceniani Japończycy, raczej nastroiło mnie ponuro. Przed meczem z Senegalem poszedłem do pobliskiego sklepu i zakupiłem 3 butelki piwa, abym miał się czym pocieszyć w trakcie jego trwania. Miła pani sprzedawczyni, z zdziwieniem zapytała dlaczego owe trzy butelki piwa kupiłem w celu „pocieszenia się”, bo przecież nasi Senegalczyków jak nic zmiażdżą, co jest – jak wiadomo – oczywistością nader oczywistą. W odpowiedzi poinformowałem ją (oraz małą grupkę klientów stojących przy kasie) o moich wątpliwościach i przekonaniu, iż „nasze orły” zadaniu nie sprostają. Stanie się tak – wywodziłem uczenie – ponieważ mundialowe mecze mają miejsce raz na cztery lata, a w międzyczasie nasi zarabiają na chleb wyłącznie nogami w zachodnich klubach piłkarskich, gdzie osiągają dochody, o jakich nie tylko pan Andrzej Duda pełniący funkcje prezydenta, ale i prezes-poseł Jarosław Kaczyński, pełniący funkcję Naczelnika Państwa, nawet nie mają co marzyć. Dlatego też piłkarze (w klubach zachodnich, bo w reprezentacji jedynie kopacze) ci, nie będą nadmiernie ryzykowali i swych narzędzi pracy na specjalne ryzyko wystawiać nie będą. A to za przyczyną nadzwyczaj rosłych i sprawnych fizycznie piłkarzy z Senegalu, którzy są niesamowicie zmotywowani, aby na chwałę Allaha odnieść zwycięstwo nad „niewiernymi”, czego nie udało się dokonać ich braciom z Arabii Saudyjskiej. Zakładałem więc – co wyłuszczyłem moim przypadkowym słuchaczom – że Senegalczycy wykorzystując te przewagi, ruszą nader agresywnie do boju, przez co skutecznie zagrażać będą dalszej sprawności „narzędzi pracy” swoich przeciwników. A to o wyniku starcia przesądzi. No i pomyliłem się, bo agresja na boisku była raczej średnią tego, co się podczas innych meczów działo, za to nieudolność polskiej ekipy była wprost porażająca. Zbyt wolni, zbyt niedokładni i bez specjalnego „ducha walki” byli nasi reprezentanci, by oszczędzić swym fanom konieczności ponownego (jak drzewiej bywało) odśpiewania nieformalnego hymnu polskiej piłki kopanej „Polacy nic się nie stało”. A stało się na tyle, że w momencie kiedy bramkarz Szczęsny (do którego akurat żadnych pretensji mieć nie można) drugi raz z siatki wyjął piłkę, ja wyciągnąłem rękę po pilota i wyłączyłem telewizor. Zrobiłem tak naprawdę, bo zacząłem się obawiać, iż piłkarze z Senegalu powtórzą to, co zrobili piłkarze Rosji na swoim również inauguracyjnym, otwierającym mistrzostwa, meczu. Telewizor włączyłem dopiero na „Fakty TVN” i gdy dowiedziałem się, że spotkanie zakończyło się wynikiem 2:1, zaraz o 19.30 – wyjątkowo – przełączyłem się na „Wiadomości” w TVP 1, aby zobaczyć, w jakich okolicznościach bramka dla Polski padła. No cóż, ładna była, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni.

W drugim swym meczu Rosja pokonała Egipt 3:1, czyli tylko w dwóch meczach zdobyła aż osiem bramek, tracąc tylko jedną. Zapewne to sprawka Putina, który jest przecież dla Polaków demiurgiem zła, a więc na 100% za tymi zwycięstwami stoją agenci KGB i szwadrony śmierci, jakie się po Moskwie poruszają. Daję słowo, że wypowiedź o tych szwadronach padła z ust pewnego „Prawdziwego Polaka”, osoby publicznej, co w telewizorze na własne uszy słyszałem i własne oczy widziałem. Informacja ta została przekazana w trakcie jakiejś dyskusji na temat, czy Polska powinna brać udział w tych mistrzostwach, zorganizowanych na wrażej rosyjskiej ziemi, na której szaleją putinowskie szwadrony śmierci, a Putin osobiście co rusz jakąś wojnę na świecie wywołuje, a już osobliwie napadł na Krym i Ukrainę, przez co ani chybi za chwilę pancerne zagony i superrakiety runą na naszą Umiłowaną Ojczyznę. I na 100% z tego właśnie powodu Andrzej Duda pokazał Putinowi środkowy palec i pozostał w Warszawie marząc o tym, że na Okęciu powita wracających z Rosji polskich bohaterów, którzy nad „moskiewska zborną” odnieśli wiekopomną victorię. No i zmuszony został do oglądania tego, co i ja niestety oglądać musiałem. Ciekaw jestem, czy wytrwał do końca, czy też z okrzykiem „wina Tuska i Putina”, tak jak ja wyłączył telewizor. A wina ta, to jedynie efekt naszej denerwującej megalomanii i hurrapatriotycznego optymizmu, które to przymioty nie pozwalają nam dostrzec, że nasz „król jest w dalszym ciągu nagi”. Ktoś powie, że nie mamy po prostu szczęścia, z czym się absolutnie nie zgadzam, bo jak od dawna wiadomo, szczęście sprzyja lepszym, co udowodnili Meksykanie ogrywając faworyta, który na boisku poruszał się jak przysłowiowa mucha w smole.

No cóż, pozostaje mi na koniec stwierdzić, że ja się na piłce nożnej absolutnie nie znam i być może, to co tu napisałem, to jakieś tylko „koszałki-opałki”, bo jeżeli faktycznie szczęście sprzyja lepszym, to nasi jeszcze pokażą na co ich stać. I świat zawyje z podziwu i zazdrości. I oby się tak stało.

Janusz Bartkiewicz

www. janusz-bartkiewicz.eu

 

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Tagi: ,