Podglądanie historii

Polecamy20 czerwca, 2018

 

andrzej-basinski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Żyjemy w ciekawych czasach, co w opinii Chińczyków jest przekleństwem. Chociaż… stwierdzenie to w moim, i zapewne jeszcze wielu przekonaniu, odnosi się w chińskiej wersji w kraju nad Wisłą do ostatniego 2,5 roku. Mnie zaś bardziej chodzi o wcześniejsze dziesięciolecia, w których dane mi było spędzać młodość i wiek dojrzały, pierwszy od dawna okres bez wojen, ale obfitujący w doniosłe wydarzenia, które część Polaków za namową swoich kapłanów teraz ostentacyjnie ignoruje, a nawet nimi gardzi (Okragły Stół), a inni uważają je za kamienie milowe naszej historii. Jej podglądanie wiąże się w znacznej mierze z wykonywaniem zawodu dziennikarza, który umożliwia bliższe kontakty z tej historii motorami. Gdy sięgam pamięcią do lat minionych, mam z tego powodu sporo satysfakcji i okazji do refleksji nad przeszłością i dniem dzisiejszym.

Pierwszy obrazek często wraca we wspomnieniach. Była pierwsza dekada sierpnia 1980 r. i w tym czasie przebywałem w Warszawie na przeszkoleniu w związku z przejęciem nowych obowiązków redakcyjnych w Wałbrzychu. Mieszkałem w hotelu MDM przy placu Konstytucji, a więc w centrum stolicy. Pewnego ranka zdarzyło mi się pospać nieco dłużej i po pochłonięciu śniadania wypadłem na zewnątrz, licząc na szybkie przemieszczenie się do celu komunikacją miejską. Na przystanku stał większy niż zazwyczaj tłumek pasażerów, co oznaczało, że coś z ich przewozem szwankuje. Zauważyłem, że oczekujący zachowują się nieco dziwnie, przekazując sobie półgłosem jakąś wiadomość. Gdy zapytałem jedną z osób, czy coś się stało, ta najpierw mnie zmierzyła podejrzliwym wzrokiem, a następnie, rozglądając się na boki, półgłosem poinformowała, że podobno tramwajarze rozpoczęli strajk. Było to coś zupełnie nowego, więc nieco skoczyła mi adrenalina i postanowiłem czym prędzej dostać się do mojej warszawskiej centrali „z buta”. W redakcji rozwiano wszelkie wątpliwości – strajk był faktem. Zaczęły się „ruchawki”, których kulminacją były akcje protestacyjne na Wybrzeżu, rozpoczynające festiwal „Solidarności”. Do dziś uśmiecham się pod wąsem, gdy przypominam sobie szeptaną atmosferę konspiracji na pl. Konstytucji. Ale atmosferze tej uległem i ja. Zaraz po powrocie do Wałbrzycha, przekazywałem rodzinie i znajomym wieści z Warszawy… ściszając głos. Znak czasu… Wielka, ogromna szkoda, że NSZZ „Solidarność” żegluje obecnie ku zupełnie innym portom niż w tamtych czasach, a jej hardzi i butni, przypominający prymitywnych kacyków przywódcy (z jaką bezczelnością informują, ze nikt im nie zabroni wynajmowania historycznej Sali BHP w Stoczni Gdańskiej faszyzującym ONR-owcom!) gotowi są przykryć czapkami i przepędzić demonstrujących w obronie demokracji. Prześcigają się w lepkim wazeliniarstwie w stosunku do obozu władzy, niedawno wzgardzili protestującymi w Sejmie niepełnosprawnymi i ich opiekunami. Nie zasługują na znane na całym świecie logo i powinno ono być temu kuriozalnemu związkowi odebrane.

Z sentymentem wspominam pobyt w Sejmie kilkanaście lat później. Miałem sposobność przysłuchiwania się obradom Senatu, prowadzonym przez wicemarszałek Alicję Grześkowiak. Na fotelu obok wyciągał swoje długie nogi Janusz Korwin-Mikke. Była to też okazja spotkania na sejmowych korytarzach (po których poruszałem się swobodnie, acz z przepustką) wielu znanych mi przedtem tylko z mediów parlamentarzystów, ministrów i innych polityków. Budynek w niczym nie przypominał obecnego, wyglądającego jak ponura warownia…

Wracam pamięcią do konferencji prasowej Aleksandra Kwiaśniewskiego, którą zorganizowano podczas jego kampanii prezydenckiej w pomieszczeniu nad halą Ośrodka Sportu i Rekreacji w Wałbrzychu. Zapytałem go wówczas o jego stosunek do podszczypywania przez Lecha Wałęsę, a odpowiedź świadczyła, że kandydat na najwyższy urząd w państwie ma sporo poczucia humoru.

Z racji dziennikarskich obowiązków przysłuchiwałem się spotkaniu premiera Włodzimierza Cimoszewicza z jego czeskim odpowiednikiem Vaclavem Klausem (późniejszym prezydentem), które odbyło się w jednym z domów wczasowych w Karpaczu. Zanim znalazłem się w sali konferencyjnej, BOR-owcy rozebrali mi na czynniki pierwsze mój dyktafon… Z kolei na spotkaniu w kameralnym gronie w Jeleniej Górze, pytałem Mariana Krzaklewskiego o jego rywala do prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego i nagrałem wtedy kilka nader kąśliwych uwag ówczesnego szefa „Solidarności”, który – z racji podnoszenia podbródka podczas przemówień – nazywany był „Duce” (Mussolini).

Każdy z nas jest mniej lub bardziej aktywnym lub zupełnie biernym świadkiem historii. Ale warto sobie uzmysłowić, że wartość społeczeństwa mierzy się też stopniem jego obywatelskiej aktywności. Jeśli ta oczywista prawda nie dotrze do wielu Polaków przed kolejnymi wyborami, czekają nas ciekawe czasy. Przypomnę: będące przekleństwem dla Chińczyków. Ale takimi samymi mogą okazać się też dla nas.

Andrzej Basiński

 ***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Tagi: ,