W drogę, w drogę miły bracie!

Polecamy13 czerwca, 2018

 

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Ważną częścią składową życia każdego człowieka na tym biblijnym „padole płaczu”, który nazywa się ziemia – jest podróżowanie. Na ogół nie zdajemy sobie z tego sprawy. Dopiero potrzebni są wytrawni eksploratorzy ziemskiego bytowania, a do tego wybrańcy bogów z greckiego Olimpu, by mogli nam, zwykłym „zjadaczom chleba” to wszystko uzmysłowić. Los tak chciał, że i my Polacy możemy się cieszyć, bo w naszym panteonie mistrzów pióra mamy twórców, którzy potrafią o istocie podróżowania powiedzieć nieomal wszystko.

Spójrzmy co ma na ten temat do powiedzenia Olga Tokarczuk, podbijająca swą twórczością nie tylko Polskę, laureatka nagród literackich szwedzkiego samorządu w Sztokholmie, a obecnie Bookera w Wielkiej Brytanii.  Oto jej reminiscencje z lat wczesnych oczywiście związane z samodzielną wycieczką nad rzekę, wybrane przeze mnie z książki „Bieguni”, która stanie się – jak sądzę – światowym bestsellerem:

„Pierwszą swoją podróż odbyłam pieszo przez pola, piechotą. Długo nikt nie zauważył mojego zniknięcia, dlatego udało mi się pójść całkiem daleko. Przeszłam cały park, a potem – polnymi drogami, przez kukurydzę i wilgotne, pełne kaczeńców łąki, pokratkowane rowami melioracyjnymi – do samej rzeki. Zresztą rzeka była i tak wszędzie obecna na tej nizinie, przesiąkała pod poszyciem traw, oblizywała pola…

To nie była wielka rzeka, to zaledwie Odra; ale i ja wtedy byłam mała. Posiadała swoje miejsce w hierarchii rzek, co sprawdziłam potem na mapach, dość drugorzędne, ale zauważalne, wicehrabina z prowincji na dworze królowej Amazonki…

Stojąc na przeciwpowodziowym wale, wpatrzona w mur, zdałam sobie sprawę, że – mimo wszelkich niebezpieczeństw – zawsze lepsze będzie to, co jest w ruchu, niż to co w spoczynku; że szlachetniejsza będzie zmiana niż stałość, że znieruchomiałe musi ulec rozpadowi, degeneracji i obrócić się w perzynę, ruchome zaś będzie trwało wiecznie.”

Dalej Olga Tokarczuk próbuje wytłumaczyć skąd się zrodziła w jej duszy magia podróżowania:

„Moi rodzice nie byli do końca plemieniem osiadłym. Wiele razy pprzeprowadzali się z miejsca na miejsce, aż w końcu zatrzymali się na dłużej w prowincjonalnej szkole, daleko od porządnej drogi i stacji kolejowej. Podróżą stawało się już samo wyjście za miedzę, wyprawa do miasteczka…”

Ale rodzice Olgi należeli do tej kategorii osób, dla których poznawanie świata było pasją nie do przezwyciężenia:

„Należeli do pokolenia, które jeździło z przyczepami kempingowymi, ciągnąć za sobą namiastkę domu. Kuchenkę gazową, skaładane stoliki i krzesła. Plastikowy sznur do rozwieszania prania na postojach i drewniane klamerki. Ceraty na stół nieprzemakalne…

Ustalano trasę podróży z przewodnikiem, starannie zaznaczając atrakcje. Do południa kąpiel w morzu albo jeziorze, a po południu wyprawa w starożytności zabytków miast zakończona kolacją – najczęściej były to wek: gulasz, kotlety mielone, klopsy w sosie pomidorowym. Trzeba było tylko ugotować makaron lub ryż…

A wracali z ulgą, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Wracali, żeby zebrać z komody stosy listów i rachunków. Zrobić wielkie pranie. Ziewających ukradkiem przyjaciół zanudzić na śmierć pokazywaniem zdjęć. To my w Carcassone. A tu żona, w tle Akropol.

Potem cały rok wiedli życie osiadłe, to dziwne życie, kiedy rankiem wraca się do tego, co zostawiło się wieczorem, gdzie ubranie przesiąka zapachem własnego mieszkania, a stopy niestrudzenie wydeptują ścieżkę na dywanie.”

To nie dla mnie – pisze dalej Olga:

„Widocznie brakowało mi jakiegoś genu, który sprawia, że gdy tylko przystanie się na dłużej w jakimś miejscu, zaraz zapuszcza się korzenie. Wiele razy próbowałam, ale moje korzenie zawsze były płytkie i wywracał mnie byle jaki podmuch wiatru. Nie umiałam kiełkować, zostałam pozbawiona tej roślinnej zdolności. Nie ciągnę soków z ziemi, jestem anty-Anteuszem. Moja energia bierze się z ruchu – z trzęsienia autobusów, z warkotu samolotów, z kołysania promów i pociągów.”

W ten oto sposób próbuje Olga wytłumaczyć jak to się stało, że świat pojawił się w jej głowie, a dalej – w kolejnych rozdziałach – spokojnie wyjaśnia, co się dzieje, gdy ta głowa znajdzie się w szerokim świecie. Nie podejmuję się dokonywać streszczenia lub recenzji książki Olgi Tokarczuk – „Bieguni”, bo nie dorosłem do takiej sztuki. Moim celem jest zachęcić tylko do jej przeczytania. Myślę, że bakcyl podróży i bliższego poznawania świata nie jest obcy wielu Czytelnikom. A książka Olgi Tokarczuk pozwala nam dostrzec jak wiele korzyści przynoszą podróże, jak bardzo potrzebny jest człowiekowi ruch, jak mocno wpływa on na poprawę samopoczucia, na kształtowanie się pozytywnego stosunku do życia. „Bieguni” to niewyczerpana kopalnia fascynujących spostrzeżeń, przemyśleń, refleksji, jakie towarzyszyły powieściopisarce w czasie jej ustawicznych podróży. Myślę, że znajdą się biografowie, którzy o tych podróżach Olgi Tokarczuk napiszą niemniej obszerną i atrakcyjną niż „Bieguni” książkę.

O walorach podróżowania mamy w naszej literaturze wiele książek. W moich felietonach miałem okazję pozachwycać się przebogatą twórczością wybitnego reportera, Ryszarda Kapuścińskiego, albo też fascynującego powieściopisarza Andrzeja Stasiaka. Dla mnie, jakby to powiedział poeta, człowieka „oszronionego jedwabiem czasu”, dalekie podróże należą do przeszłości. Natomiast wspomniani pisarze i ich książki są impulsem do współudziału w ich podróżach oczami wyobraźni. Tak zresztą jest z całą literaturą, kinematografią lub programami Discovery w telewizji. Do tego rodzaju namiastki podróżowania zachęcam seniorów, natomiast młodych ludzi namawiam do tego, by nie zaprzepaścili lat młodości, zamykając się na szeroki świat w czterech ścianach swego gniazda rodzinnego.

Stanisław Michalik

Tagi: ,