Wstydu nie mają

Polecamy1 marca, 2018

 

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Obiecałem sobie, że będę się od polityki trzymał z daleka, a więc Czytelnikom Tygodnika DB 2010 głowy tą tematyką zawracać nie będę, ale – niestety – nie da się, bo obiecanki cacanki, a walizka po peronie skacze – jak w takich sytuacjach mawiał mój kolega z dawnych studenckich lat. Po prostu nie da się i koniec. Dzieje się tyle, że grzechem byłoby tego nie komentować, a ponieważ człowiekiem grzesznym jestem, więc czynię to, co powinienem. Tak jak Władysław Frasyniuk, współczesna ikona niegdysiejszej walki – ponoć – o wolność, równość i demokrację, której – ponoć – w tamtych czasach nie było. Piszę „ponoć”, bo patrząc się na to, co w wyniku tej walki mamy, widzę wyraźnie, że to co jest, od tego co było, niczym się nie różni. Polska zarządzana centralnie przez przewodniczącego (dawniej sekretarza), który uważa, iż wie najlepiej, co dla obywateli (dawniej mas pracujących miast i wsi) jest najkorzystniejsze, więc władzę swą realizuje w drodze nakazów i zakazów, przy jednoczesnym niesamowitym uprzywilejowaniu najwierniejszych akolitów prezesa (dawniej sekretarza). Hasło i przekonanie Lenina, że państwem rządzić może nawet kucharka (z całym mym szacunkiem dla tychże kucharek) powróciło z wielką siłą, czego efekty doświadczamy zarówno jako obywatele, jak i państwo będące podmiotem międzynarodowych praw i stosunków.

Tak więc Władysław Frasyniuk, nie godząc się na taki stan rzeczy, zaprowadzony w zdecydowanej większości wbrew polskiej konstytucji i wielu jej aktów wykonawczych, ma prawo stosować tak zwany akt obywatelskiego nieposłuszeństwa, czyli świadome łamanie prawa wobec tego, że prawa te zostały wprowadzone w sposób niezgodny z prawem. Podejmując taką decyzję świadomie godzi się na to, że rządzący zastosują wobec niego wynikające z obowiązującego prawa restrykcje. I dlatego bardzo mnie wkurza ryk parlamentarnej opozycji, której się najwyraźniej wydaje, że Władysławowi Frasyniukowi przysługuje jakiś (niewiadomego pochodzenia) immunitet, dający mu prawo łamać. Nie, takiego immunitetu nikt mu nie dał i jeżeli się nie stawiał na wezwanie prokuratury, to prokurator miał prawo zarządzić jego doprowadzenie, a policjanci mogli (aczkolwiek wcale nie musieli) założyć mu kajdanki, bo prawo stanowi, że można je stosować przy doprowadzaniu, zwłaszcza kiedy doprowadzany stosuje tak zwany bierny opór. A odmowa stawienia się w prokuraturze jest właśnie aktem biernego oporu, który w zasadzie był efektem wcześniejszego czynnego oporu, jakiego się dopuścił w czasie policyjnej interwencji podczas jednej z  manifestacji ulicznej w Warszawie. Inna rzecz, że prowadzonej w słusznej sprawie.

 

* * *

 

Wiceminister sprawiedliwości, z wykształcenia politolog, który nie zna prawa, bo nie jest w stanie zrozumieć jego złożoności i wszelkich zawiłości, opracował i wprowadził pod obrady Sejmu poprawkę do ustawy o IPN, według której tylko prokurator (IPN) i sędzia (podległy ministrowi) ustalać będzie, co jest, a co nie jest faktem historycznym. Wprowadzone przepisy (art. 55a ustawy o IPN) są niczym innym, jak kryminalizacją wyrażania poglądów i stanowią nieuzasadnione ograniczenie wolności wypowiedzi, przez co rażąco naruszają zobowiązania Polski wynikające z prawa międzynarodowego. Przepisy te są jawnym naruszeniem Konstytucji RP i nawet czołowe postaci pisowskiej prawicy mówią o nich, że są bublem prawnym (m.in. były premier Olszewski) i że spowodują olbrzymie zawirowanie międzynarodowe (senator Anna Anders). A mimo to prezydent ustawę podpisał, chociaż miał wątpliwości co do jej konstytucyjności. I znów opozycja jest straszliwie oburzona, udając, iż nie pamięta, że praktycznie jak jeden mąż (tylko kilku jej posłów było przeciw) za przyjęciem intelektualnych owoców ministra Jakiego, wzorując się na prezesie Jarosławie, rękę za przyjęciem ustawy podniosła. Wszystko to sprawiło niebezpieczne nadwyrężenie naszych stosunków politycznych, militarnych i gospodarczych z najważniejszymi dla Polski partnerami świata zachodniego, a także kolejny raz osłabiło jej pozycję w Unii Europejskiej. Jestem święcie przekonany, że wszystkie międzynarodowe skutki będące efektem tej ustawy, zostały skalkulowane przez prezesa Jarosława, bez którego zgody lub polecenia nic w kraju dziać się nie może i się nie dzieje. Wywołana burza kiedyś ucichnie (tak jak ucichła w UE sprawa nielegalności TK i obalenia trójpodziału władzy), a PiS (czytaj: prezes) znów objawi się obywatelom (dawniej masom pracującym miast i wsi) jako jedyna polityczna instytucja stojąca na straży godności Polski i Polaków, którym wraże (czytaj: żydowskie) siły plują w twarz. Nikt chyba nie może zaprzeczyć, że po Polsce rozlewa się mętna i szybko brunatniejąca fala nacjonalizmu i rasizmu, a ludzie porwani jej nurtem znów zaczną głośno krzyczeć „Jarosław Polskę zbaw” i o to rzeczonemu Jarosławowi szło, albowiem wybory już za pasem.

 

* * *

 

W odpowiedzi na światowe reperkusje propagandowe i polityczne ludzie prezesa Jarosława bronią się tym, że w stosunku do narodu i państwa (polskiego) nie można stosować odpowiedzialności zbiorowej, bo jeżeli nawet ileś tam Żydów zostało zamordowanych przez Polaków, to jednak jako naród i państwo jesteśmy cacy, o czym świadczą drzewka w Yad Washem, czyli Instytucie Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu w Jerozolimie. Niby prawda, tylko że mnie mocno zastanawia, dlaczego nagle niezgoda na odpowiedzialność zbiorową stała się główny orężem pisowskiej propagandy? Chyba zapomniano o tym, że jeszcze tak niedawno PiS, idąc w rękę w rękę z PO, zastosował taką odpowiedzialność wobec tysięcy emerytowanych funkcjonariuszy mundurowych, których haniebną ustawą represyjną pozbawiono należnych im prawnie środków do życia. Jakże typowa to dla prawicy z POPiS relatywizacja prawa i obyczajów. To samo dotyczy tzw. polityki historycznej, realizowanej w braterskiej koalicji PO i PiS, o czym ciągle ci z PO zapominają. Mam na myśli krzyk, jaki podniósł się po tym, kiedy nominant prezesa Jarosława, czyli premier Morawiecki, oddał cześć członkom Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych, co uczynił na grobie niemieckich kolaborantów na niemieckim cmentarzu. Oddał hołd tej części organizacji militarnej, która w kwietniu 1944 roku wypowiedziała posłuszeństwo Rządowi Polski na Uchodźstwie i podjęła jawną współpracę z okupantem, szczególnie w likwidacji ratujących się od Holokaustu polskich obywateli pochodzenia żydowskiego. A kto jeszcze tak niedawno uhonorował ich ustanowieniem Dnia Żołnierzy Wyklętych, czyli także członków owej brygady? A kto 15 września 2017 jednogłośnie głosował w Sejmie za przyjęciem uchwały gloryfikującej NSZ, w tym także kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej? Wstydu panowie z opozycji nie macie.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,