Słuszny interes. Ale czyj?

Polecamy11 lipca, 2014

bohun bartkiewiczW czasach licealnych, kiedy moje zainteresowania nie były jeszcze całkowicie wykształcone i korzystałem z pełni młodzieńczego życia, przyszło mi kiedyś do głowy, że najbardziej szczęśliwym człowiekiem jest ten, kto nic nie posiada. Zdając sobie z tego sprawę, osobnik taki – rozumowałem – świadomy tego, że nic nie ma i nic mieć nie będzie, nie ma więc żadnych pragnień i żyje tym, co mu los da, słusznie przyjmując, że „niech się dzieje wola Nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba” . Taka karma, rzec by można. Moje życie potoczyło się tak, że po zakończeniu liceum rozpocząłem studia na wyższej uczelni, zacząłem pochłaniać książki, zajmowałem się studiowaniem poważnych tekstów w rożnego rodzaju poważnych czasopismach, słuchałem, oglądałem i rozmawiałem. Jednym słowem nabywałem wiedzę, co czyniłem i czynię do dnia dzisiejszego. Po prostu inaczej już nie potrafię.

I oto nadszedł czas „wielkiej afery podsłuchowej”, czym z natury swej mocno się zainteresowałem. Czytam, słucham, oglądam i rozmawiam. Efektem tych, zdałoby się prozaicznych czynności, jest to, że zaczynam żałować, iż w ogóle jakąkolwiek wiedzę posiadam. Dochodzę do wniosku, że w obecnych czasach najbardziej szczęśliwym człowiekiem jest ten, kto żadnej wiedzy nie posiada i żyje sobie bez niej, jak ów nędzarz bez żadnego majątku. Takiemu szczęśliwcowi nie przeszkadza np. informacja, że funkcjonariusze ABW w wyniku przeszukania dokonali zabezpieczenia nośników, na których prawdopodobnie były jakieś nagrania. „Niekumaty nędzarz” ucieszy się ze sprawności naszych służb specjalnych, a mnie od razu światełko czerwone się w głowie zapala. Bo kombinuję sobie, na jakiej podstawie te nośniki zabezpieczono, kiedy nie wiadomo, co na nich jest nagrane? Nielegalne nagrywanie jest występkiem ściganym tylko i wyłącznie na podstawie wniosku o ściganie, złożonym przez osobę, która musi przed organem procesowym wykazać, że akurat jest takim występkiem pokrzywdzona. Jeżeli jednak nie wiadomo, co na tych nośnikach zostało nagrane, nie wiadomo więc, kto nagrany został, a więc brak jest osoby pokrzywdzonej, a zatem wniosku o ściganie. A informację o zabezpieczeniu takiego dowodu (czego?) podała pani rzecznik warszawskiej prokuratury. I mam klops całkowity. Kiedyś, w czasie studiów prawniczych, po egzaminie pisemnym z logiki, zostałem przez prof. dr hab. Marię Lipczyńską zwolniony (jako jeden z naprawdę bardzo nielicznych) z egzaminu ustnego, albowiem wykazałem się, że z logiką problemów żadnych nie mam. Wygląda na to, że z tą logiką coś tu nie jest w porządku, albo ktoś prawo nagina. A nie powinien.

Inna sprawa. Przed laty miała miejsce taka jedna pseudo afera, której jedynym efektem było zmiecenie SLD z pozycji liczącej się siły politycznej. Polegała ona na tym, że dwóch mocno napitych kolesiów gaworzyło sobie przy kolejnych kieliszkach markowego trunku, a jeden z nich rozhowory te nagrywał. Byli to niejaki Rywin i red. Michnik. Rywin coś tam mamrotał o jakieś grupie co to trzyma władzę i o tym, że grupa ta chętnie przytuli do siebie grubą kasę, jeżeli on Rywin, będzie panem na Polsacie. Nic więcej. W świetle obowiązujących przepisów prawa karnego, to bajdurzenie Rywina można było uznać jedynie za zamiar popełnienia czynu zabronionego. Sęk w tym, że wg tego samego prawa, sam zamiar nie jest karalny. Bo karalne jest tylko przygotowanie i realizacja. A od daty nagrania tej rozmowy, do czasu jej ujawnienia, upłynęło wiele miesięcy, a w ślad za zamiarem Rywina nie poszły żadne dalsze czynności, że tak powiem, realizacyjne. Żadnego mocodawcy Rywina, czyli owej mitycznej „grupy trzymającej władzę” nie ustalono, nie stwierdzono, aby ktokolwiek w sprawie tej podejmował jakiekolwiek decyzje. Wprawdzie próbowano to powiązać z ustawą o radiofonii i telewizji – owe sławetne „lub czasopisma”, ale i w tym przypadku skazano jedynie jakąś trzeciorzędną urzędniczkę z ministerstwa kultury, za mało znaczące naruszenie przepisów urzędniczych. Wszystkie inne osoby w to niby zamieszane (np. A. Jakubowska) zostały uniewinnione. Rywina skazano za czyn, którego w istocie nie popełnił, bo takie było zamówienie polityczne. Nie o niego chodziło, tylko o „romantyka” Millera i kierowaną przez niego partię, a zamysł powiódł się znakomicie. I oto, kilka lat po tamtym wydarzeniu, mamy powtórkę z rozrywki. A wiadomo, że jeżeli historia się powtarza, to jedynie tylko w formie mało śmiesznej farsy.

W Roku Pańskim 2011 do Giertycha przyszedł red. Nisztor. Wprawdzie na zaproszenie tego ostatniego, a więc nie tak, jak w przypadku spotkania Rywin – Michnik, ale dalej jest identycznie. Panowie, przy suto zastawionym alkoholem stole, rozprawiają o rożnych sprawach, a jeden z nich przedstawia zamiar zorganizowania działań przestępczych, rozwijając przed rozmówcą szeroki wachlarz swych możliwości i wymiernych korzyści materialnych, jakie mogą osiągnąć podejmując wspólne działania. Pamiętajmy – zamiar nie jest karalny, a więc palny pana mecenasa nie mogą być pod żaden przepis karny podciągnięte. Ale jest jeszcze inny wymiar tej sprawy. Polityczny i moralny. Polityczny dlatego, że pan mecenas jest mocno z PO i premierem Tuskiem (oraz ministrem Sienkiewiczem) związany wieloma nićmi. Przed laty Rywin z SLD był jedynie kojarzony. Moralny dlatego, że nie może znany mecenas i były polityk (były być może tylko czasowo) takie przestępcze plany rozwijać, bo jest to całkowicie sprzeczne nie tylko z etyką katolicką, ale i z zawodową. A jak na razie stosowne władze palestry milczą jak zaklęte. Pan mecenas pokrętnie tłumaczy się, że to, co mówił red. Nisztorowi, to tylko taka gra operacyjna, bo wiedział, iż rozmawia z przestępcą. Jest więc całkowicie – w swoim mniemaniu – usprawiedliwiony. Problem w tym, że pan Kulczyk, poprzez swoje służby, informuje, iż z działaniami mecenasa nie miał nic wspólnego i nie wie kogo mecenas reprezentował. Oczywiście nie wołałam o powołanie jakiejś komisji śledczej, bo nie ma ku temu żadnego powodu. Tak jak nie miało w sprawie tej pseudo afery z Rywinem w tle. Zastanawiam się jednak, czy premier Tusk i liczne grono ludzi z PO w dalszym ciągu powinni stać murem za mecenasem. Bo jeżeli stoją, to mi trochę jakoś takim nieświeżym powietrzem zawiewa.

I na koniec. Tłumaczenie mecenasa kojarzy mi się z tłumaczeniem osobnika, który po napadzie na jubilera wmawiał śledczym, że on tylko chciał sprawdzić, czy system alarmowy działa oraz czy policja nie śpi. A więc działał w słusznym interesie społecznym.

http://www.janusz-bartkiewicz.eu

Janusz Bartkiewicz

Tagi: ,