Tygodnik DB2010

Wielka niewiadoma

 

andrzej-basinski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mniej więcej od 40. roku życia nie znoszę urodzin. Tak się dla mnie ułożyły, że przypadają w ostatnich dniach grudnia, a ponieważ przy okazji załatwiania różnych spraw (nie tylko chodzi o datę na nagrobku…) podaje się tylko rocznik, już po tygodniu… niepostrzeżenie przybywa mi rok, co wpędza mnie, zwłaszcza od czasu dochowania się pierwszych wnuków, w kolejny dołek. Z racji takiej to daty pojawienia się na tym padole, pomaszerowałem na pierwszy stopień edukacji wcześniej od innych, młodszy o rok od kolegów stanąłem także przed komisją poborową. Niniejszy felieton piszę więc w sytuacji nagłego postarzenia się o 365 dni, a więc mam pełne prawo czuć się rozgoryczonym, a przeżywany nastrój odbija się na treści tego tekstu, chociaż zawarłem w nim także dawkę optymizmu.

Mimo wysłuchania i przeczytania wielu sympatycznych i – mam nadzieję – z głębi serca płynących życzeń, mam wiele wątpliwości, czy rok ten będzie lepszy od minionego, albo chociaż nie gorszy. Twierdzę, że stoimy przed wielką niewiadomą, w znacznie większym stopniu aniżeli w poprzednich latach. Dotychczas w porze nadawania wieczornych informacji miotałem mniej lub bardziej wyszukane przekleństwa pod adresem polityków, którzy zasmakowali w stosowaniu zasady na rympał i z buta. Gdyby moje bluzgi miały moc sprawdzania się chociażby częściowo, co najmniej kilkunastu osobników już dawno rozpłynęłoby się w niebycie. Na Nowy Rok obiecałem sobie i bliskim wstrzemięźliwość w tej materii, by dożyć momentu powrotu normalnej Polski. Dotyczy to m. in. jegomościa siedzącego w pobliżu sejmowej trybuny. Nie dość, że mógłby straszyć miną niegrzeczne dzieci (ale to już nie jego wina), to jeszcze (co już jego winą jest) nałogowo posługuje się bezczelnością, butą i pogardą wobec każdego nie z jego plemienia, a częste zatrzaskiwanie z hukiem drzwi przed obliczem dziennikarzy, w tym pań, czyni z niego wyjątkowego… Jak widać, tytuły naukowe nie zawsze współgrają z kulturą i zwykłą przyzwoitością. Baczni obserwatorzy twierdzą, że nos mu się wydłużył, co oznacza skłonność do kłamstw. Oby w nowym roku otrzymał dotkliwą i gorzką lekcję pokory, podobnie jak inni, których mamusia z tatusiem nie nauczyli najprostszych zasad dobrego wychowania, a mienią się być reprezentantami narodu. Ich rechot i wykrzywione jadowitym zadowoleniem oblicza, będą zapamiętane, podobnie jak spisane będą ich czyny i rozmowy… Nic nie trwa wiecznie i tym mottem proponuję się kierować ludziom z otwartymi głowami w 2018 roku.

Z pewnością czeka nas jeszcze sporo idiotyzmów, a nawet groźnych pomysłów, które wylęgną się w czaszkach ludzi uważających się za bezkarnych nad Wisłą i znacznie dalej. Ale jestem przekonany, że północnokoreański szalony satrapa nie wywoła ogólnoświatowego konfliktu, a i Trump nie naciśnie jeszcze większego, jak sam podkreślił, atomowego guzika. Czekam za to z narastającym podnieceniem i nadzieją na radosne emocje podczas futbolowych mistrzostw świata oraz na podobne odczucia śledząc wyczyny naszych reprezentantów na europejskim czempionacie w Berlinie mojej ukochanej lekkiej atletyki. Poza tym dzięki Najwyższemu, że ciągle możemy się cieszyć wyczynami narciarskich skoczków (a przecież zbliżają się koreańskie igrzyska!) i dzięki nim wyciszać groźne, pozasportowe emocje.

Ostatnio obejrzałem i wysłuchałem wypowiedzi dwóch ludzi godnych szczególnego szacunku. Pierwszym z nich był profesor Marcin Król, filozof i historyk idei. Powiedział, że Polska jako kraj demokratyczny po raz pierwszy wprowadziła ustrój tyranii większości, która uważa, że może wszystko. „Taki stan przeczy prawom jednostki i człowieka. Tego obawiali się ojcowie demokracji. (…) To jest zło” – stwierdził z naciskiem.

Moim zdaniem zdanie roku wypowiedział były premier Włodzimierz Cimoszewicz po zakończeniu procedowania przez parlament ustaw sądowych: „Wszedł cham do salonu w gumofilcach, wypróżnił się, zarechotał i powiedział: „No i co mi zrobicie?”…

Wszystkim mądrym i wykazującym autentyczną troskę o losy naszego kraju, życzę, aby powyższe słowa kiedyś (oby jak najszybciej) towarzyszyły tylko rozmowom o ludziach wyrzuconych na śmietnik historii oraz wspominane były przez dobrych kabareciarzy. Ostatnio dwukrotnie przeczytałem opinie wybitnych osób, które stwierdziły, że posiadamy gen samozagłady. Usiłuję się z nimi nie zgodzić…

Andrzej Basiński

Tags: ,

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej