Pogrobowcy wiecznie żywi?

Polecamy25 stycznia, 2018

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Dzieją się rzeczy tak haniebne, że przerastają wyobraźnię każdego uczciwego człowieka, mającego jako takie pojęcie o polskiej historii. Czy Polak mógł do dzisiaj wyobrazić sobie, że jego rodacy zamieszkali pomiędzy Bugiem i Odrą, będą wznosić toasty typu „za Adolfa Hitlera i naszą ojczyznę, ukochaną Polskę„. Nie, to się po prostu w głowie nie mieściło. A jednak… Od dziś musi się mieścić, bo każdy takie rzeczy mógł obejrzeć w reportażu dziennikarzy z „Superwizjera” telewizji TVN. Każdy się nad tym teraz zastanawia, a ja mam swoje przemyślenia i wspomnienia.

Jestem przekonany, że ta zaraza nie wzięła się sama z siebie, ot tak, z powietrza, lecz jest efektem długoletniego negowania pewnych wartości, które po wojnie – w latach 1945-1989 – zaszczepiano każdemu pokoleniu wchodzącemu wiek szkolny. Niestety od roku 1980 rozpoczęło się totalne ich negowanie tylko dlatego, że stała za nimi propaganda PRL, co w efekcie spowodowało (oczywiście, między innymi) pojawienie się pierwszych grupek młodych ludzi zaczadzonych polityką tak zwanej podziemnej opozycji, które zaczęły wyznawać nazizm jako swoją ideologię. Nie ominęło to Wałbrzycha i terenu byłego województwa wałbrzyskiego, gdzie pojawiły neonazistowskie ugrupowania. Do dziś pamiętam nazwiska niektórych członków grupy „White Power” („Biała Siła”) z terenu Kłodzka i Dusznik Zdroju, która od początku lat dziewięćdziesiątych działała (a może działa nawet i obecnie) na tym terenie. Piszę o tym nie tylko w kontekście wspomnianego reportażu z Superwizjera TVN, który ujawnił skandaliczne fakty związane z powstaniem i funkcjonowaniem stowarzyszenia (użyteczności  publicznej!) „Duma i Nowoczesność” z Wodzisławia Śląskiego. Piszę też w kontekście zabójstwa Anny Kembrowskiej i Roberta Odżga w Parku Narodowym Góry Stołowe, które miało miejsce 17 sierpnia 1997 roku, a więc w 10-tą rocznicę samobójczej śmierci Rudolfa Hessa, współczesnego neonazistowskiego idola. Jedną z wersji jaką wtedy przyjąłem, było założenie, że zabójstwa tego dokonała w 2 lub 3-osobowa grupa neonazistów, którzy w tamtym czasie na terenie Duszniki Zdroju organizowali jawnie swoje zjazdy z udziałem neonazistów z Czech, Słowacji, Ukrainy, Niemiec, Francji i Anglii. Niestety moją wersję, zarówno wtedy jak i dziś, ówcześni przełożeni w policji oraz prokuratura wojewódzka, a dzisiaj okręgowa, tak jak dzisiejsi policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, uważają za mało poważną i podchodzę do niej w sposób wyraźnie lekceważący. A ja w dalszym ciągu jestem przekonany, że wersja ta, której sprawdzanie wówczas rozpocząłem, winna być bardzo dogłębnie i rzetelnie doprowadzona do końca. Być może ostatnie wydarzenia będą swego rodzaju bodźcem do tego, aby wersję tę wreszcie porządnie i do końca sprawdzić. Bo faszyzm, będący efektem pojawiającego się nacjonalizmu, to nie tylko lata współczesne, kiedy pobłażliwość władz wywodzących się z dawnej antypeerelowskiej opozycji ułatwiła, a nawet pomogła w jego rozkwicie.

Neonaziści w Polsce to nie tylko XXI wiek. Oni pojawili się – jak wspomniałem wyżej – o wiele wcześniej. Przypomnę, że w latach 1981 – 1982 wałbrzyska Służba Bezpieczeństwa rozbiła młodzieżową „Tajną Organizację Faszystowską”, wprawdzie niezbyt liczną, bo składającą się tylko z czterech wychowanków Domu Dziecka „Rodzinka”, która na szczęście skrzydeł rozwinąć nie zdołała. Niedługo po tym ujawniono i zlikwidowano kolejną, bardziej liczną, bo 20-osobową organizację „NEO-faszyści”, kierowaną przez 19-letniego wówczas Janusza S. ps. „Nemo”, górnika jednej z wałbrzyskich kopalń, a składającą się z uczniów niższych klas szkół zawodowych. Janusz S. założył ją zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego, bo się na kopalni nasłuchał, że „trzeba bić czerwonego”, a przecież z komunizmem (ZSRR) Adolf Hitler walczył niezwykle zaciekle i krwawo. Jego konspiracyjna narzeczona nazwała się „Krwawą Brygidą” (na cześć Hildegard Lächert z SS, sadystki z niemieckiego obozu koncentracyjnego na lubelskim Majdanku), a w skład organizacji wchodzili też tacy bojownicy „z komuną”, jak „Wolf”, „Gebels”, „Hans”, „Sonner”, „Bruner”, „Koch”, „Tygrys”, „Wisielec”, „Trup”, „Szatan”, „Faja”, „Pęcherz”, „Kat”. Organizacja zawiązała się w nieistniejącej już dziś kawiarni „Turystyczna”, a jej członkowie odznaczali się strojem organizacyjnym w postaci czerwonych krawatów z elementami hitlerowskiej symboliki. Miejscem ich spotkań były kawiarnie „Markiza”, „Barbórka” i „Zielona Gęś”. Nie znali niemieckiego, ale do „dobrego tonu” należało używanie takich słów, jak „polnische banditen”, „fater” i „was”. Pierwszym ich zadaniem było zrywanie plakatów i obwieszczeń zawieszanych wówczas licznie przez władze. Ponadto podczas „szkoleń” ich przywódca wpajał im, że muszą być brutalni, silni i bezwzględni. Dla bezpieczeństwa, organizacja została podzielona na podgrupy, a „Führer” – bo tak kazał się nazywać –  zaczął spotykać się osobiście tylko z szefami podgrup. Na szczęście część członków, kiedy się zorientowała do czego „Führer” zmierza, szybko się z tego wycofała, ale pozostali postawili przed sobą „ambitne” zadania. „Tygrys” miał zająć się konstruowaniem ładunków wybuchowych, „Czacha” gromadzeniem prochu, a reszta grupy miała szukać i gromadzić stare budziki, zegarki, puszki po konserwach, małe metalowe przedmioty i stare „patrony” artyleryjskie. Nie muszę chyba tłumaczyć po co, ale przypomnę, że jedna taka „bomba” wybuchła pod milicyjnym radiowozem stającym przed komendą Milicji Obywatelskiej na ul. B. Chrobrego w Wałbrzychu. Ponadto mieli się przygotowywać do pójścia do lasu, a także rozpoczęli poszukiwania kontaktów z innymi tego rodzaju grupami. Na szczęście zostali rozpracowani i zatrzymani przez wałbrzyskich funkcjonariuszy SB. Wówczas w Biuletynie Regionalnego Komitetu Strajkowego NSZZ „Solidarność” Dolny Śląsk Oddział Wałbrzych z 25 lutego 1982 roku podano informację, że w lokalu „Markiza” podczas legitymowania SB pobiła troje młodych ludzi, ponieważ jeden z nich nie znał nazwiska panieńskiego swojej matki. W rzeczywistości chodziło o zatrzymanie niektórych członków organizacji, w tym ową „Krwawą Brygidę”. Dziś to już całkiem dorośli ludzie i zapewne szczycą się wspomnieniami walki z komuną i „esbeckimi represjami”, za które – zgodnie z przyjętym niedawno prawem – należą się im finansowe gratyfikacje i kombatanckie przywileje, takie same jak wielu krwawym bandytom, których postawiono obok takich bohaterów jak rotmistrz Pilecki i wielu mu podobnych.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

 

  1. Odświeżając swą pamięć o tamtych wydarzeniach, posiłkowałem się artykułami śp. Zbigniewa Mosingiewicza, publikowanymi w ówczesnej „Trybunie Wałbrzyskiej” w latach 1981 – 1982.

Tagi: ,