Żenujący spektakl

Polecamy7 grudnia, 2017

 

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Toczy się w Sądzie Rejonowym w Wałbrzychu kolejna już rozprawa przeciwko wałbrzyskim policjantom, którym jakoś się w pamięci nie utrwaliło, że ich podstawowym obowiązkiem jest stanie na straży prawa, a więc również i prawa tego przestrzeganie. Tym razem chodzi o funkcjonariuszy, którzy podjęli się interwencji wobec kilku osób spożywających alkohol w szczawieńskim parku. Ktoś powie, że było to słuszne działanie i ja mu przytaknę, albowiem ustawa o wychowaniu w trzeźwości zakazuje spożywania alkoholu w parkach miejskich. I w takim przekonaniu trwałbym po wsze czasy, gdybym nie widział nagrania z tej interwencji, co mnie przekonało, że w jej trakcie policjanci złamali wszystkie obowiązujące ich w tej materii przepisy resortowe. Pisałem już o tym w Tygodniku DB 2010, więc nie będę przytaczał szczegółów. Zatrzymani, a w zasadzie jeden z nich – Jacek D. – miał to szczęście, że cała ta policyjna „akcja” została sfilmowana, a więc każdy kto to nagranie obejrzy, zauważy, że skuty kajdankami człowiek wsiada do radiowozu w towarzystwie dwóch policjantów i dwóch strażników miejskich, a na jego twarzy nie widać jakichkolwiek urazów. Jest to niesamowicie istotne, ponieważ kiedy po kilku minutach wysiada pod Komisariatem V w Wałbrzychu, jego twarz i koszula są zalane krwią z rozciętego łuku brwiowego, oraz ze sporej rany widocznej u nasady nosa. Ponadto ma bardzo mocno opuchnięte oko. Jego stan wymagał natychmiastowej interwencji chirurgicznej, ale karetka została wezwana dopiero po dwóch godzinach od momentu pojawienia się ich w komisariacie. Tego samego, na terenie którego śmiertelnie pobity został Piotr Gruca (przypomnę, że jeden z oskarżonych w tej sprawie policjantów został nieprawomocnie skazany na 5 lat pozbawienia wolności, a drugiego sąd uniewinnił). Lekarka z pogotowia zdecydowała o przewiezieniu Jacka D. do szpitala, gdzie został pozszywany przez chirurga. Na przegubach jego rąk przez wiele dni widoczne były jeszcze ślady po zbyt mocno dociśniętych kajdankach, których mu na terenie komisariatu nie zdjęto, tylko przypięto go do rury. Kiedy prosił o poluzowanie, policjant kajdanki docisnął do granic możliwości. Tego, co działo się w radiowozie żaden świadek – poza funkcjonariuszami – nie widział. Ale oni twierdzą  że to Jacek D. uderzał głową w… łokieć siedzącego po jego prawej stronie policjanta, co spowodowało powstanie tychże urazów. Mniejsza już o to, czy takie zachowanie Jacka D. byłoby możliwe, w sytuacji kiedy na tylnym siedzeniu znajdują się mocno ściśnięte cztery osoby, bo biegli z Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego na 36 stronach swej opinii udowadniają, że obrażenia Jacka D. powstały od uderzeń pałką policyjną. A to mogło stać się – tak jak zresztą twierdzą obydwoje zatrzymani – tylko w radiowozie na trasie Szczawno – V Komisariat. Zatem nie ma wątpliwości, co do tego kiedy i kto, oraz w jaki sposób mógł te obrażenia spowodować. Oczywiście, każdy oskarżony ma prawo do obrony, może nawet przed sądem bezkarnie kłamać, ale wynajęty przez niego obrońca, który przysięgał kiedyś, że wykonując swój zawód będzie przede wszystkim szanował prawo, musi w swym postępowaniu kierować się zasadami godności, uczciwości, słuszności i sprawiedliwości społecznej. Musi, bo tak ślubował.

Obserwowałem przebieg kolejnego dnia tego procesu, a wraz ze mną spora gromada uczniów z jakiejś szkoły, których w celach edukacyjnych przyprowadzono do sądu, aby mogli zobaczyć jak przebiega proces sądowy i jakimi zasadami się kieruje. Nie wiem, jak czuli się ci młodzi obserwatorzy, ale ja czułem niesamowity dyskomfort psychiczny, albowiem byłem świadkiem naprawdę bardzo żenującego widowiska. Widowiska zafundowanego nie tylko sądowi, ale też i sądowej publiczności, o której mowa wyżej. Dlaczego tak uważam? Otóż podstawowym i jedynym zadaniem obrony jest wskazanie dowodów niewinności oskarżonych, albo okoliczności uzasadniających obniżenie wymiaru żądanej przez oskarżenie kary, czego nie można czynić (mając na uwadze treść adwokackiego ślubowania) poprzez oczernianie pokrzywdzonego lub powołanych przez niego świadków. Ponieważ w tej sprawie obrona nie dysponuje żadnym dowodem niewinności oskarżonych, obrońcy – naruszając zasady przyzwoitość – podnosili kwestie dotyczące prywatnego życia Jacka D., posuwając się wprost do insynuacji na temat jego wierności małżeńskiej, o czym rzekomo Jacek D. opowiadał przesłuchującemu go policjantowi. Tak jakby – gdyby nawet w istocie było to prawdą – miało to jakiekolwiek znaczenie dla wykazania niewinności oskarżonych. Przypomnę, że oskarżonych przez prokuraturę, która przedłożyła mocno dowody ich winy. Przesłuchania świadków prowadzone przez obrońców, dotyczyły wydarzeń toczących się tylko i wyłącznie na terenie komisariatu, a więc absolutnie niedotyczących faktu pobicia i jego sprawców. Naprawdę wiele miejsca – o wiele za wiele – jeden z obrońców poświęcił temu, czy zatrzymany Jacek D. wyraził wolę dobrowolnego poddania się karze, tak jakby nie rozumiejąc tego, że nawet gdyby tak było, to dotyczyło popełnionego przez niego wykroczenia. Chyba, że pan mecenas chciał w ten sposób udowodnić sądowi, iż pobicie w trakcie konwojowanie zatrzymanego sprawcy wykroczenia, który następnie chce się poddać dobrowolnie karze, nie jest przestępstwem. A może jest nawet czynem zasługującym na nagrodę, bo pan mecenas poświęcił też sporo czasu na przepytywanie świadków, czy oskarżeni w dotychczasowym okresie swej pracy (piszę o pracy, bo policyjni świadkowie w sądzie nie mówili o służbie, tylko o pracy) zachowywali się przyzwoicie. Oczywiście, świadkowie to potwierdzali, aczkolwiek podkreślając, że z oskarżonymi łączą ich jedynie naprawdę bardzo luźne związki. Przyznam się, że w pewnym momencie tylko wzgląd na powagę sądu powstrzymał mnie przed radosnym parsknięciem głośnym śmiechem, (mimo smutnego przecież wydarzenia), kiedy tenże obrońca, chcąc chyba przedstawić to jako dowód niewinności, rozwodził się nad traumą, jaką z powodu oskarżenia przeżywają sami oskarżeni oraz ich rodziny. Tak jakby tego rodzaju stany emocjonalne były całkowitym usprawiedliwieniem dla bicia osób zatrzymanych. Ale już szczytem hipokryzji było podnoszenie negatywnego wpływu oskarżenia na stan moralny innych wałbrzyskich policjantów, którym uświadomienie, że ich niezgodne z prawem czyny będą oceniane przez sądy, może spowodować ich dysfunkcyjność. Naprawdę czułem się mocno zażenowany tym sądowym spektaklem panów obrońców. Myślę, że sąd na tego rodzaju gierki nie da się nabrać i z tym optymistycznym przekonaniem oczekuję na dalsze odsłony tej sprawy.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,