O Warszawie kolorowy sen na jawie

Polecamy7 listopada, 2017

 

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Mam tak samo jak ty,

Miasto moje a w nim:

Najpiękniejszy mój świat

Najpiękniejsze dni

Zostawiłem tam kolorowe sny…

 

Gdybyś ujrzeć chciał

Nadwiślański świt

Już dziś wyruszaj ze mną tam

Zobaczysz, jak

Przywita pięknie nas

Warszawski dzień…

 

Znamy ją wszyscy – piosenkę nieśmiertelnego Czesława Niemena o Warszawie, mieście jego kolorowych snów. Okazuje się, że Warszawa jest takim samym jak u piosenkarza sennym marzeniem milionów Polaków. Skąd to się bierze? Dlaczego w mojej głowie normalnego „zjadacza chleba”, gdzieś tam w kotlinie sudeckiej u źródeł Bystrzycy, sama myśl o wycieczce do Warszawy powoduje kilka nieprzespanych nocy?

Uczeni socjologowie wytłumaczą to zjawisko „syndromem stolicy”, wielkiego, historycznego miasta, którego dziecięcy kult jest nieomal wyssany z mlekiem matki. I chyba mają rację. Zanim zachwyciliśmy się piosenką Niemena, Warszawa znacznie wcześniej była dla nas ucieleśnieniem mistycznych snów o potędze. Miasto, spalone i zrujnowane do reszty przez Niemców pod koniec wojny, odrodziło się jak feniks z popiołów. Słyszeliśmy o tym wszędzie jak się wzbogaca i rośnie w siłę, jak wciąż powstają nowe dzielnice mieszkaniowe, jak śródmieście wypełnia się niebotycznymi wieżowcami, jak pojawiają się nowe rozwiązania komunikacyjne: Trasa Łazienkowska, Wisłostrada, metro, a Warszawa zachwyca przyjeżdżających do niej gości z całego świata. Dziś dowiadujemy się o Warszawie jako mieście na europejskim poziomie, super nowoczesnym, ale zarazem pełnym zabytków i pomników, które albo udało się uratować z pożogi wojennej, albo po prostu restaurować po to, by pamięć o dumnej przeszłości kraju nie zagasła.

W Warszawie miałem okazję być już parę razy. Za pierwszym razem, dawno, dawno temu. Najważniejszym celem wycieczki szkolnej był wtedy Pałac Kultury i Nauki i widok na Warszawę z wieży pałacowej. Potem dworzec centralny z pobliskim hotelem Mariott i Aleje Ujazdowskie, a jeszcze potem już inaczej, bo przy różnych okazjach był czas na dłuższe pobyty i bliższe poznanie miasta, zwłaszcza Śródmieścia, a nawet gmachu sejmowego. Ale od ostatniego mojego wyjazdu do stolicy minęło 15 lat.

Gdy pojawiła się taka okazja, by po tylu latach ujrzeć w Warszawie „nadwiślański świt” mogłem pomyśleć, że spełniło się moje najskrytsze marzenie. To była dwudniowa wycieczka autokarowa (11 i 12 października) dla rówieśników, bo seniorów z Uniwersytetu III Wieku w Głuszycy, a więc pomyślana tak, by nie zamęczyć osób słusznego wieku, a zarazem pokazać w stolicy co się da.

Już sama podróż budziła moje zainteresowanie, bo jechaliśmy w nocnym mroku wrocławską obwodnicą, a zarówno tęczowy most nad Odrą jak i nowy stadion sportowy we Wrocławiu mogliśmy oglądać w bajecznie kolorowych iluminacjach.

Warszawa powitała nas kroplami deszczu, ale potraktowaliśmy je jako łzy wzruszenia, a pani przewodnik powiodła nas alejkami cudownego, jesiennego Parku Wilanowskiego. Dowiedzieliśmy się od niej, że powstał on w II połowie XVII wieku i stanowi integralną część założenia pałacowo-ogrodowego w Wilanowie. Obecny widok parku zawdzięczamy rekonstrukcji z lat 50. XX wieku. Dwupoziomowy ogród (zajmujący powierzchnię ok.45 ha ) przedzielony jest ceglanym murem i połączony schodkami usytuowanymi na głównej osi pałacu. Łączy zróżnicowane stylowo części: ogród barokowy, neorenesansowy ogródek różany, angielski ogród krajobrazowy oraz park krajobrazowy angielsko-chiński. Częścią ogrodu jest również jezioro Wilanowskie.

Oczywiście to było dopiero preludium do właściwego koncertu, a był nim Pałac Wilanowski, jeden z najcenniejszych zabytków polskiego baroku, dawna rezydencja króla Jana III Sobieskiego i jego żony Marysieńki. Wyjątkową wartość pałacu stanowi oryginalna architektura oraz bogate zdobienie elewacji. Należy on do nielicznych warszawskich zabytków, które w niezmienionej postaci przetrwały okres II wojny światowej. Mogliśmy się pozachwycać zarówno odnowioną elewacją budynku jak i zabytkowym wystrojem wnętrz oraz galerią rzeźb i obrazów.

Z Wilanowa przemieściliśmy się do Śródmieścia. Naszym celem stało się Centrum Nauki Kopernik. Po drodze zwiedziliśmy parter Biblioteki Uniwersyteckiej, gdzie znajdują się liczne punkty gastronomiczne dla studentów i osób korzystających ze zbiorów bibliotecznych. Było tam rojno i gwarno. Ale to nic wobec tego, co się działo w Centrum Nauki Kopernik. Było ono wypełnione rozentuzjazmowaną dzieciarnią, dla której kolejne stanowiska nowinek techniki stanowiły okazję do zabawy i wyładowania swojej energii. Wielu uczestników wycieczki skorzystało więc z projekcji filmowej w planetarium, gdzie można było w ciszy i skupieniu poznać bliżej nasz układ słoneczny. W „Koperniku” zjedliśmy obiad, by pod wieczór dojechać do hotelu „Roco” w peryferyjnej dzielnicy Warszawy na nocleg.

Drugiego dnia pobytu w Warszawie już tak nie kapało, więc mogliśmy z powodzeniem zrealizować drugi ważny punkt wycieczki, a mianowicie Łazienki. Największy i najpiękniejszy obok Ogrodu Saskiego park Warszawy, a także jeden z najpiękniejszych zespołów pałacowo-parkowych w Europie, wywarł na nas duże wrażenie. Dzisiejszy kompleks powstawał w latach 1774 – 1784 z inicjatywy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który spędzał tu wiosenno – letnie miesiące. Zajmuje on powierzchnię 76 ha. Łączy w sobie elementy regularnego ogrodu francuskiego z krajobrazowym parkiem angielskim. Znajduje się tu jeden z symboli Warszawy – pomnik Fryderyka Chopina, u stóp którego w letnie weekendy, od maja do września, odbywają się koncerty „na żywo” muzyki wielkiego kompozytora. W sąsiedztwie parku znajduje się również  Belweder, którego najsłynniejszym gospodarzem był Józef Piłsudski. Przy pomniku Marszałka robiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Na terenie parku mieści się wiele zabytkowych budowli, które zobaczyliśmy w czasie naszego wspólnego spaceru z panią przewodnik, np. Starą Pomarańczarnię, Teatr na Wyspie, Biały Domek, Świątynię Diany czy Starą i Nową Kordegardę.

Z dużym zainteresowaniem obejrzeliśmy Pałac na Wyspie. To dawna łaźnia marszałka koronnego Stanisława Herakliusza Lubomirskiego, a po wieloletniej przebudowie(30 lat) letnia rezydencja króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. To tu król zapraszał ówczesną elitę na słynne obiady czwartkowe. Dowiedzieliśmy się, że król na koniec obiadu podawał gościom tacę ze śliwkami. Był to umowny znak, że czas się pożegnać.

W Łazienkach chętnie byśmy zabawili dłużej, ale czas naglił, a na nas czekało apogeum wycieczki – Krakowskie Przedmieście z pałacem prezydenckim, plac Zamkowy z kolumną Zygmunta, zamek Królewski i Starówka – wszystko wypełnione zabytkami i pamiątkami z historii – każdy turysta znajdzie tu coś dla siebie.

Stare Miasto – historyczne centrum i najstarsza część miasta. Założone w XIII wieku jako gród książęcy i osada otoczona murami (dziś budzący duże zainteresowanie – Barbakan). Podczas II wojny światowej zniszczone w 90%. Dzięki doskonałej i precyzyjnej odbudowie w 1980 roku wpisane zostało na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Z jednej strony dostojne kościoły, malownicze kamieniczki, historyczne pomniki, nastrojowe zaułki, tajemnicze uliczki, zielone skwery i przytulne kawiarenki tworzą atmosferę relaksu i pozwalają odpocząć od wielkomiejskiego gwaru. Z drugiej strony turyści z całego świata, tłumy młodzieży, biegające dzieci, uliczni grajkowie, artyści wystawiający swoje prace, modne galerie, restauracje, kolorowe parasole ogródków, a w sezonie letnim miejsce występów muzycznych i teatralnych pod gołym niebem. Zimą Rynek Starego Miasta zmienia się w wielkie lodowisko. Starówka od lat nieprzerwanie tętni swoim własnym, niepowtarzalnym życiem.

Poniżej Barbakanu mogliśmy podziwiać rozległą Wisłę i biegnące wzdłuż niej warszawskie bulwary, a w oddali nowoczesny wiszący most Siekierkowski i kopułę Stadionu Narodowego.

Organizatorzy zapewnili nam smaczny obiad w „Honoratce”, w której lubił korzystać swego czasu z darów kuchni 16-letni Fryderyk Chopin.

Niestety, wszystko co dobre na ogół szybko się kończy. Może właśnie ten żal, że musimy już stąd odjeżdżać był powodem absolutnej ciszy i zadumy wśród wycieczkowiczów w autokarze. To było popołudnie z chwilowymi przebłyskami słońca. Warszawa z okien autokaru budziła podziw i zdumienie. Przede wszystkim ogrom miasta, przytłaczający ruch, nowoczesne rozwiązania komunikacyjne, ale także to, co mnie zaskoczyło – spora ilość terenów zielonych. Warszawa budzi zachwyt, a jej historyczne pamiątki prawdziwe wzruszenie. Pomyślałem sobie, jak byłoby cudownie śnić o Warszawie, będącej stolicą Polaków żyjących ze sobą w zgodzie i harmonii, a nie zarzewiem bezsensownej wojny politycznej.

Na szczęście nie ma takiej „wojny” w naszej małej Głuszycy, w której znaleźliśmy się o godzinie 22.00. Spotkała nas cisza i chłód jesiennego wieczoru, ale w światłach lamp ulicznych i sklepowych witryn miasto otoczone górami i lasami też jest piękne. Ma rację stare powiedzenie: wszędzie dobrze, a najlepiej w domu!

Stanisław Michalik

 

P.S. Wypada mi złożyć podziękowanie organizatorom wycieczki z Uniwersytetu III Wieku w Głuszycy, niezawodnej firmie transportowej Górnicki z Jedliny-Zdroju, burmistrzowi miasta Głuszyca wspierającemu takie przedsięwzięcia. To już trzecia stolica obok Pragi i Berlina, którą mogliśmy odwiedzić dzięki inicjatywie i pracowitości wielu osób z Uniwersytetu i miasta. Serdeczne dzięki!

Tagi: ,