I będzie po ptokach…

Polecamy18 października, 2017

 

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Absolutnie nie mam zamiaru przypisywać sobie roli Kasandry, ale bez żadnej satysfakcji przypomnę to, co pisałem ponad dwa lata temu przed wyborami do parlamentarnymi. A wieszczyłem wtedy, że jeżeli lewicowi wyborcy odwrócą się od SLD, jedynej lewicowej partii mającej (jeszcze) możliwości zdobycia mandatów poselskich i senatorskich, i zagłosują na PO, albo nie daj boże na PiS, to lewica z Sejmu wypadnie, a władza w państwie trafi w ręce prezesa Jarosława. Wyrażałem wtedy przekonanie, że z uwagi na zbyt liczne przewiny niesamowicie sobiepańskiej Platformy wybory, tak czy owak, wygra partia prezesa, ale brak lewicy w Sejmie może okazać się w skutkach bardzo kiepski. No i na koniec przypuszczałem, że kiedy prezes Jarosław przejmie władzę, to tak da suwerenowi popalić (co właśnie niniejszym czyni), że prędzej czy później zacznie on mocno brykać, aby prezesa i jego akolitów precz pogonić. Kto nie wierzy, albo nie pamięta, może wrócić do lektury moich felietonów z tamtego czasu, które są przecież dostępne w internetowym archiwum Tygodnika DB 20120 (db2010.pl – zakładka archiwum gazety). No i napisałem wówczas o „geniuszu Jarosława”, którego działania wskazują na bardzo precyzyjnie opracowany plan przejęcia pełni władzy, za co mi się mocno od wielu zacnych ludzi z Wałbrzycha oberwało. Również na łamach Tygodnika DB 2010. I oto nadszedł czas, iż mogę zakrzyknąć: a nie mówiłem?! Ale żadnej z tego powodu satysfakcji nie odczuwam, a co gorsza, zaczynam do tego co się dzieje, mieć raczej ambiwalentny stosunek, albowiem poczynania prezesa mają też i swoje bardzo dobre strony.

Nie będę już sobie języka strzępił programem 500+, bo każdy widzi, że dzięki niemu naprawdę wielu rodzinom żyje się znacznie lepiej, chociaż ekonomiczne rozwarstwienie społeczeństwa pogłębia się, zwłaszcza za przyczyną niebotycznych zarobków, jakimi prezes swych wiernych druhów obdarza. Jest też i kilka innych pro socjalnych rozwiązań, przez co mam tylko żal, że wcześniej nie zaproponował tego (poza powrotem do starego wieku emerytalnego) Sojusz Lewicy Demokratycznej, który w tej dziedzinie dał się prezesowi wyręczyć. Tak daleko, że w swej socjalnej części program prezesa Jarosława jest wręcz programem pro socjalistycznym. Trochę się nie dziwię, albowiem prezes jest moim rówieśnikiem (starszym jeno o 12 dni), a więc wychował się w Polsce Ludowej i nasiąkł jak gąbka głoszonymi wówczas oficjalnie wartościami, a kiedy dorósł, to się strasznie zżymał, że władze PRL tych wartości nie dotrzymują. Obecnie prezes, jak i liczni jego druhowie twierdzą, że tak naprawdę twórcą „Solidarności” i przywódcą buntujących się robotników, był śp. pamięci Lech Kaczyński, to i nie ma się czemu dziwić, że na bramie strajkującej w sierpniu 1980 roku Stoczni Gdańskiej (jak i licznych innych strajkujących wówczas zakładów pracy) wisiało robotnicze hasło o treści „ SOCJALIZM TAK, WYPACZENIA NIE”. No i przywraca nam prezes Jarosław tamte czasy, bo – jak wiadomo – czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Kto nie wierzy, niech uważniej spojrzy na szeregi jego wiernych druhów, wśród których od byłych członków PZPR aż się skrzy (pominę nazwiska, bo wiadomo, kto kim zacz jest) i pełnią oni bardzo często prominentne funkcje w „na nowo odradzającym się państwie”. Jednak, aby swój cel osiągnąć, musi prezes Jarosław precyzyjnie realizować przyjęty przez siebie plan działania, który doprowadzi do tego, że nawą państwową zarządzać będzie szef partii (jak ongiś I sekretarz KC PZPR), a w Sejmie będą siedzieć przeważającej większości członkowie PiS i jego politycznych przystawek, co w czasach PRL było normą konstytucyjną.

Problem w tym, że na drodze realizacji tego wielkiego procesu stoją umocowane w Konstytucji RP zworniki bezpieczeństwa, więc w swym geniuszu prezes Jarosław przewidział, jak je bezpiecznie usunąć. No i doprowadził sprytnie do tego (przy oczywistej pomocy PO), że pierwszy zawór bezpieczeństwa, czyli Trybunał Konstytucyjny, został skutecznie zlikwidowany, przez co jest jak w PRL, kiedy o tym, czy coś jest zgodne z konstytucją decydowało Biuro Polityczne PZPR, a tak naprawdę wspomniany już I sekretarz KC. W dalszej kolejności usunięto wszelkie przeszkody w panowaniu nad publicznymi (dawnej państwowymi) środkami masowego przekazu, bo – jak wiadomo – ten kto ma media, ten ma władzę. Prezes Jarosław o tym wie od dawna i dlatego planuje przeprowadzenie repolonizacji, czyli odebrania mediów wszelkim „nie-Polakom” i przekazania ich w ręce przedstawicieli suwerena, czyli władzy państwowej, tak jak to w PRL było. Planuje się też odbudowanie polskiego, a zwłaszcza państwowego przemysłu (jak w PRL), przejęcie władzy nad neoliberalnym szkolnictwem, bo o tym czego mają się uczyć uczniowie i studenci, decydować może tylko (jak w PRL) przedstawiciel odpowiedniej komórki w partyjnej centrali. Trzeba też będzie koniecznie tak zmienić ordynację wyborczą, aby – tak jak w PRL – działacze jedynej słusznej partii (i jej satelitów) mieli zagwarantowane zwycięstwo. No i koniecznym było całkowite przejecie pełnej władzy nad policją i wojskiem, więc dlatego prezes Jarosław musiał usunąć z ich szeregów wszystkich tych, którym się jakaś liberalna III Rzeczpospolita marzyła.

Prezes Jarosław przewidział też, że praktyczna likwidacja TK to za mało i dlatego koniecznym jest polityczne podporządkowanie sobie sądów powszechnych (co zostało już zrealizowane niedawno), ale przede wszystkim Sądu Najwyższego, który ma prawo do decydowania, czy dany przepis jest zgodny z obowiązującymi przepisami. Dla osiągnięcia tego celu koniecznym stało się opanowanie Krajowej Rady Sądownictwa, co przeszło by bez żadnego kłopotu, gdyby nie nadmierne ambicje Zbigniewa Ziobry, który zamarzył sobie sprawować nad tymi ciałami pełnię władzy, przez co znacznie chciał ograniczyć kompetencje prezydenta Andrzeja Dudy. I wówczas A. Duda stanął okoniem, bo swego ruszyć dawnemu pryncypałowi nie da. I niektórzy piać z zachwytu poczęli, że oto A. Duda przestał być – jako Adrian – lokatorem przedsionka w prawdziwej centrali władzy i wybija się na niezależność. A figa z makiem. Prezes Jarosław, jak dobry i prawdziwy Ojciec Narodu, najpierw cierpliwie zaczął buntownika na słuszną drogę przyzywać, a kiedy ten dalej brykał, to – jak twierdzi dobrze poinformowany dziennikarz RMF FM – podczas spotkania 22 września br. przypomniał swemu „podwładnemu” art. 145 Konstytucji RP mówiący o pociągnięciu prezydenta do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu. Przecież po to A. Dudę na tym stolcu posadził, aby mu wszelkie niekonstytucyjne ustawy przyklepywał, co tenże posłusznie czynił nawet w środku nocy, do rozpaczy doprowadzając swych nauczycieli z Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Czyż nie było to genialne posuniecie? Przepisy prawa są tak skonstruowane, że wystarczy tylko sam zarzut spełnienia przesłanek tego przepisu, aby funkcję prezydenta przejął marszałek Sejmu, a wtedy wiadomo. Hulaj dusza, piekła nie ma. Postępowanie z tytułu art. 145 można prowadzić bardzo długo i nawet jeżeli zakończyłoby się ono cofnięciem wniosku o pociągniecie do odpowiedzialności konstytucyjnej, to i tak będzie już po ptokach. I o to chodzi. Genialne rozwiązanie. A nie mówiłem?

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,