Ta okropna Polska Ludowa

Polecamy11 października, 2017

 

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Dzieje się tyle, że mam poważny problem jaki temat wybrać, bo każde zdarzenie wydaje się najważniejsze, a przecież wszystkiego opisać i skomentować nie dam rady. Zresztą o wszystkich tych wydarzeniach informują media wszelakie pełne mniej lub bardziej durnowatych komentarzy, wygłaszanych przez polityków wszelkiego autoramentu. Obserwując to wszystko zauważyłem, że najchętniej słucham komentarzy i opinii wygłaszanych przez kilka pań z partii Nowoczesna, może z dwóch – trzech polityków z Platformy Obywatelskiej i nieobecnych w parlamencie, ale też z rzadka widzianych i słyszanych w mediach, polityków SLD. Może by się skrzyknęli, by coś sensownego wspólnie stworzyć? Rej wodzi natomiast cała zgraja ludzi z drugiego, trzeciego, a nawet czwartego politycznego rzędu, opowiadająca wierutne bzdury, a im bardziej głupio gadają, tym częściej są do telewizorni zapraszani. W ogóle panuje jakieś durnowate przekonanie, że jak się mandat poselski lub senatorski zdobędzie, to z nagła z nieba na takiego delikwenta łaska boska spływa powodując, że ktoś np. o mentalności i aparycji przedwojennego fryzjerczyka z głębokiej prowincji, nabywa z nagła tyle wiedzy przeróżnej, jaką inni nabywają przez naprawdę długie lata nauki i studiów, pełnienia różnych ważnych funkcji publicznych, politycznych i gospodarczych. I jednemu z drugim wydaje się, że mając parlamentarny mandat w kieszeni, ma prawo te swoje głupoty urbi et orbi, głosić nie zdając sobie przy tym sprawy, jak wielkie szkody powodują w umysłach ludzi młodych, jeszcze przez życie niedoświadczonych. Przez lata, ba, wieki całe, panowało na świecie przekonanie, że władzę winni sprawować przede wszystkim ludzie wykształceni i doświadczeni dzięki sprawowaniu różnych – wyżej wspomnianych – funkcji, aż przyszła bolszewicka rewolucja i jej wódz, Lenin niejaki ogłosił, iż państwem mogą rządzić nawet kucharki. I chociaż po Leninie pozostał jeno kurz historii, to różnego rodzaju kucharki wciąż rządzą, bo na ten przykład armią zarządzać może psychiatra, a wiceministrem od sprawiedliwości może być młodzian jakowyś po studiach politologicznych, a amerykańską walizkę z atomowym guzikiem trzyma w ręku ktoś, kto nigdy polityką się nie zajmował, poświęcając cały swój czas na robienie rożnych, niekiedy dziwnych, interesów finansowych.

A jeżeli już o wykształceniu piszę, to nie mogę pominąć niesamowitej ciekawostki, jakiej dowiedziałem się przy lekturze książki autorstwa samego prezesa Jarosława Kaczyńskiego zatytułowanej „Polska naszych marzeń”. Otóż na str. 128 tejże książki prezes Jarosław przyznaje się, że tak naprawdę ma ukończone tylko 9 klas. Mam z tym pewien kłopot, bo prezes Jarosław najpierw napisał, że nie otrzymał promocji z klasy dziesiątej do jedenastej, i że zdaje sobie sprawę z tego, iż nielegalnie skończył jedenastą klasę i zdał maturę, a później poszedł na studia, a następnie oświadcza, że tylko dziewięć klas ma skończonych legalnie. Stało się tak, ponieważ brak promocji został jakoś odkręcony, a on sam zmienił szkołę i liceum (na Woli) skończył. Zafrapował mnie ten fragment okrutnie i zacząłem szukać jego, powiedzmy rozwinięcia. I oto trafiłem na wspomnienie byłego nauczyciela w LO im. J. Lelewela na warszawskim Żoliborzu, który pisze:

„Pracowałem przez wiele lat w „Lelewelu”, liceum ogólnokształcącym na Żoliborzu. Uczęszczali tam m.in. bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy. Ale nie skończyli tej szkoły. Odeszli po przedostatniej X klasie w okolicznościach kuriozalnych. Zwłaszcza Jarosław, którego losem pokierował ważny działacz komunistycznej partii. To był rok 1966. Pierwszym sekretarzem PZPR był Władysław Gomułka, premierem Józef Cyrankiewicz. A stołecznym kuratorem oświaty – Jerzy Kuberski (później członek KC PZPR i minister oświaty). Lech zdał z X do XI (maturalnej) klasy, natomiast Jarosław oblał. Jeśli dobrze pamiętam miał oceny niedostateczne z języka polskiego i angielskiego. Decyzją rady pedagogicznej miał powtarzać klasę. Wtedy do dyrektora „Lelewela” pana Nikodema Księżopolskiego – pedagoga bezpartyjnego i niespotykanie praworządnego (czasem aż do przesady), zatelefonował Kuberski. I mówi: – Dyrektorze tam u was jednego z bliźniaków nie promowaliście. Ja ich znam. To są bardzo dobrzy chłopcy. Proszę to naprawić i drugiego też promować. Dyrektor zdumiał się: – Panie kuratorze ja nie znam przepisu prawnego, który by mnie upoważniał do arbitralnej zmiany decyzji rady pedagogicznej. – A co mi pan dyrektorze opowiada! Zwołajcie na jutro o godz. 15 radę pedagogiczną, ja przyjadę i sprawę załatwimy – zażądał Kuberski. Byłem na tej radzie. Nauczyciele, a wśród nich późniejsza senator Anna Radziwiłł, przyparli „towarzysza” do muru. Pytano m.in. jak rozumieć, że kurator miasta stołecznego przyjeżdża do szkoły w sprawie promocji jednego miernego ucznia. Czy innych też tak dziwnie broni i osobiście wstawia się za nimi? Kuberski zbaraniał i odszedł z niczym. „Załatwił” Jarosławowi przeniesienie do innego liceum i… promocję. Z niemałym zdumieniem dowiedzieliśmy się po wakacjach, że – mimo ocen niedostatecznych – kontynuuje on naukę w klasie maturalnej. Rodzice zabrali z „Lelewela” także Lecha, ale w jego przypadku nie było nic zdrożnego.
Zastanawialiśmy się później w szkole z jakiego powodu kurator i ważny działacz PZPR mocno nadwyrężył swój autorytet w sprawie promocji Jarosława. Słyszałem różne opinie, ale nie będę się nimi dzielił, bo nie mam pewności. A może ktoś dokładnie wie i wyjaśni?”

Być może nie uwierzyłbym tej opowieści, gdybym sam wspomnień osobiście napisanych przez prezesa Jarosława nie przeczytał, a zwłaszcza następnego fragmentu, który przywołam w całości:

„Tylko doktorat mam już chyba całkowicie legalny, ze względu na jego dawną konstrukcję prawną. Bo w zasadzie nie trzeba mieć dyplomu, żeby zrobić doktorat. On jest niezależny od wykształcenia. Mogę się bronić doktoratem, a poza tym mam prawdopodobnie skończone legalnie 9 klas.”

Prezes pisząc to, ujawnia jednak pewne wątpliwości i ma rację, ponieważ za tzw. „komuny” warunkiem napisania pracy doktorskiej było posiadanie tytuły zawodowego magistra lub inżyniera, a zdobycie takiego tytułu w drodze przestępstwa było nieważne z mocy samego prawa. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że wszyscy ci, którzy sfałszowali świadectwo promocji do klasy jedenastej, popełnili przestępstwa, za które i dzisiaj prokurator stawia zarzuty karne. Na marginesie dodam tylko, że egzaminy doktorskie zdał z teorii państwa i prawa oraz filozofii marksistowskiej, a 8 grudnia 1976 r. obronił pracę doktorską „Rola ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą”. Mam ochotę zapytać prezesa Jarosława, czy faktycznie ta PRL była tak okropna? A przynajmniej dla niektórych. I dlaczego prezes tak okrutnie się za czasy PRL mści?

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,