Tygodnik DB2010

Karuzela

Prawie każdego dnia, gdy siedzę w swoim biurze, przed moimi oczami maluje się pewien obraz. Dzieło to nie jest stworzone bynajmniej przez artystę i nic wspólnego ze sztuką nie ma. Obraz ten jest bardzo charakterystyczny i jestem przekonana, że często ukazuje się niejednemu z nas.

Zapewne ciekawi jesteście, co takiego widzę, gdy przerzucam sterty dokumentów i rachunków. Na wprost mojego biura, zaraz za ulicą, znajduje się park, w którym życie biegnie jakby inaczej. Stoi tam ławeczka, a na niej siedzi kilku Panów. Zazwyczaj tych samych, choć nie przyglądam im się zbyt szczegółowo. Od czasu do czasu wybucha między nimi konflikt. Np. gdy dla któregoś nie starczy miejsca na ławce, co zmusza go do picia na stojąco, cóż za wysiłek! Zdarzało się, że te ich konflikty przenosiły się na ulicę. Ostatnim razem niewiele brakowało, by ucierpiał przypadkowy przechodzień.

Patrząc na nich od czasu do czasu, myślę sobie, że ci mężczyźni są szczęśliwymi ludźmi. Nie muszą przecież wypełniać idiotycznych dokumentów, nie muszą płacić rachunków, nigdzie się nie spieszą. Ich życie biegnie z dnia na dzień, bez większych problemów. Jedynym zakłóceniem tego sielankowego obrazu jest wizyta w urzędzie pracy lub w opiece społecznej. Po wpisaniu się na listę i odebraniu zasiłku, dalej mogą sobie spokojnie siedzieć, spoglądać w niebo. Być może nawet rozmawiają o sytuacji gospodarczej w naszym kraju, może narzekają, że tego zasiłku jest tyle, iż nie wystarcza na ,, podstawowe potrzeby” lub też że życie jest takie ciężkie, ale żyć trzeba, więc i siedzieć na tej ławce dalej muszą. I kiedy oni tak sobie siedzą, a ja – na przykład – wsiadam do samochodu, by udać się do urzędu skarbowego lub do prokuratury, bo donos ktoś napisał, patrzą na mnie i nadziwić się nie mogą- “gdzie jej się tak śpieszy?!”. Przecież też na ławce posiedzieć by mogła! Mam często wrażenie, z ich twarzy to wyczytuję, że mają mnie za osobę niespełna rozumu lub – co najmniej – za kogoś, kto nie wie, co w życiu tak naprawdę jest dobre.

Takie obrazy wszyscy znamy, ale nie jestem pewna, czy wszyscy zadajemy sobie to samo pytanie: dlaczego w państwie prawa, sprawiedliwości, w XXI wieku, podobne sytuacje jeszcze mają miejsce? Co ze sprawiedliwością ma wspólnego to, że pieniądze zabiera się ludziom ciężko pracującym i oddaje je nierobom i leniom? Jak żyć w państwie, które karze za pracę (wysokie, skomplikowane podatki i procedury), a wynagradza za nieudolność i cwaniactwo? Wszyscy przecież wiemy, jak to wygląda w rzeczywistości. Ludzie, którzy naprawdę pomocy od państwa potrzebują, bo opiekują się chorym dzieckiem na przykład, zazwyczaj tę pomoc dostają od najbliższych, bo: albo nie spełniają państwowych kryteriów, albo najzwyczajniej wstydzą się poprosić. A zdrowi Panowie, np. ci przeze mnie opisani, nie odczuwając żadnego wstydu regularnie odbierają tzw. ,,swoje”. W Polsce mocno rozbudowany system zasiłków sprawił, że praca straciła dla niektórych sens. Po co pracować – myśli sobie dziecko – skoro mama i tato mają samochód, telefon i nic nie robią. Wystarczy zarejestrować się w urzędzie pracy i już jest ubezpieczenie i opieka państwa. Zresztą, zawsze dorobić można na czarno, gdyby zabrakło. Wtedy zasiłku nie trzeba tracić, można zarobić podwójnie. Wszyscy wiemy, że tak jest, ale nikt z tych “na górze” o tym nie mówi. Czasem nawet wręcz przeciwnie, przy kolejnych wyborach obiecują, że każdy nierób jeszcze więcej od państwa dostanie, tylko najpierw zagłosować trzeba, bo inaczej to nic z tego nie będzie. Więc jak nie kochać takiego Pana, co daje wszystko za darmo? I w taki oto sposób, ten wspaniały elektorat wędruje do urn, by żyło się lepiej. Kręci się ta karuzela, wszyscy są zadowoleni. A jeśli nawet prądu zabraknie, to podatki tym, co pracują, podniesiemy i dalej kręcić się będzie. Chocholi taniec trwa i w swym marazmie usypia większość społeczeństwa. Nie daje jednak zasnąć tym, co pracować muszą…

Beata Żołnieruk

 

beata_zolnieruk

Tags:

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej