Dziecięce wspomnienia z lat 50-tych

Polecamy21 września, 2017

Wałbrzyskie refleksje historyczne

/wspomnienia, wydarzenia, dokumenty/

herb 2

 

 

 

 

 

 

 

Po wałbrzyskim bruku w Śródmieściu kręciło się, w moim ówczesnym wyobrażeniu, dwóch wariatów, za którymi jako dzieci biegaliśmy. Jeden, Niemiec mieszkał w suterynie na naszym podwórku. Biegaliśmy za nim śpiewając mu: Meine liebe Augustin… Bo podobno to było jego imię. Opędzał się od nas, dzieci jak od much. Czasami krzycząc groźnie, czasami udając, że nas goni. Znikł i nawet nie pamiętam jak…

Za drugim biegaliśmy krzycząc: Józio, karawan jedzie! Dlaczego? Długi czas nie wiedzieliśmy. Ale uciechę mieliśmy przednią, bo Józio machał rozpaczliwie rękami, starając się strącić coś ze swego karku i uciekał w podrygach. Byłem już nastolatkiem, gdy „Trybuna Wałbrzyska” opublikowała opowiadanie o Józiu. Józio pochodził z majętnej rodziny z Borysławia. Był zdolnym uczniem i rodzice byli dumni z dziecka. W 1915 r. podczas ofensywy Brusiłowa Rosjanie ostrzelali miasto i wybuchł pożar w rafinerii i w innych naftowych instalacjach. Mieszkańcy uciekli z miasta. Podczas tej ucieczki coś tam wybuchło i odłamek stopionego metalu spadła na kark Józia.

Od tego czasu Józio normalny nie był. Ale majętna i kochająca rodzina dbała o niego i młodzieniec właściwie radził sobie. Na początku lat 30-tych zmarła matka. I właśnie podczas jej pogrzebu Józio krzyknął: Mamo, karawan jedzie!

Od tego czasu widziano go kręcącego się po ulicach Borysławia i wykrzykującego: Mamo, karawan jedzie! Borysławskie dzieci szybko podchwyciły to i biegały za nim. Co z nim się działo w czasie wojny? Nie wiem. Po wojnie Józio – jak większość borysławian – znalazł się w Wałbrzychu. I jak w Borysławiu biegały za nim dzieci krzycząc: Józio, karawan jedzie! A Józio też wołał: Mamo, karawan jedzie!

Po tym artykule w „Trybunie Wałbrzyskiej” prawie nikt za Józiem nie biegał. A my starsi, nastoletni długo jeszcze wstydziliśmy się.

Branley Zeichner, absolwent II LO w Wałbrzychu, mieszkaniec Jerozolimy

Grupa niemieckich mieszkańców z Glinika, w której większość stanowiły kobiety i nastoletnie dzieci, w niedziele – jeszcze w połowie lat 50-tych ub. wieku – wędrowała ul. Żelazną do ul. Niepodległości i dalej ul. Reymonta do wówczas jeszcze funkcjonującego ewangelickiego kościoła, zbudowanego na początku XX w. i dominującego neogotyckim stylem nad dzielnicą Podgórze.

My, grupka dzieciaków, wśród których wielu jeszcze nie podlegała obowiązkowi edukacji szkolnej, pod przywództwem kilku nastolatków bawiliśmy się najczęściej w… wojnę, biegając i kryjąc się na falistym terenie, porośniętym drzewami dominującym nad poniższą utwardzoną drogą, spotykającą się z ul. Niepodległości w miejscu tuż przed wiszącym, ogromnym kratowanym mostem kolejowym. W takich wojennych zabawach wszyscy chcieliśmy być polskimi żołnierzami i partyzantami. Maszerująca tą drogą grupa niemieckiej ludności była dla nas wyśmienitą okazją do wykazania się „walecznością”. Pochowani za krzakami, z pagórkowatych wzniesień, popisując się między sobą wydzieraliśmy się w kierunku idącej w milczeniu ludności niemieckiej: Halt! Hände hoch! Hitler kaput! Nikt z podążających do kościoła nie reagował na nasze „popisy” i dokuczliwości, w skupieniu szli dalej…

Na wygłupy osiedlowych dzieciaków, czyli „partyzantów” w krótkich spodenkach zareagowali ostrą reprymendą dwaj mieszkańcy tego osiedla, ojcowie walecznych synków! Szybko zauważyliśmy, że obaj znani nam mieszkańcy tego osiedla czasami wychodzili naprzeciw nadchodzącej grupie ludności niemieckiej, rozmawiali, też szli z nimi i z własnymi synkami (niedawnymi „partyzantami”) do ul. Niepodległości. Niekiedy towarzyszyli niemieckiej grupie w drodze powrotnej, razem szli na niedzielny spacer z własną rodzina – nad stawy, do „starej kopalni”! W takich okolicznościach wielu z nas (z pierwszego powojennego pokolenia) odkryło, że niemieccy mieszkańy z Glinika maszerując poza osiedlami, w przestrzeni przyrodniczej śpiewają kolorystyką głosów (nie znaliśmy słów), która nas zainteresowała. To było dla nas niesamowite zjawisko wokalne i doświadczenie życiowe. Dość szybko, może następnej wiosny, kolejnych wakacji okazało, że „naszych maszerujących i śpiewających” Niemców już nie ma. Może było to lato 1958 r.?

Dopowiem jeszcze, że jeden z „przewodników” tej ludności niemieckiej był więźniem obozu koncentracyjnego w Dachau. Drugi przed 1939 r. wyjechał za pracą z obszaru śląskiego do Niemiec i został pracownikiem kolejowego składu pociągu ratunkowego. Do końca wojny przemierzał terytorium Niemiec między zbombardowanymi węzłami kolejowymi – od Hamburga do Wiednia. Obaj przeżyli wojenne okrucieństwa wywołane przez niemiecki faszyzm. W 1946/47 r. zamieszkali w Wałbrzychu.

Ryszard Bełdzikowski, absolwent IV LO w Wałbrzychu, mieszkaniec Bielska-Białej

Tagi: ,